kwietnia 07

poniedziałek, 7 kwiecień, godzina: 22:27

… też macie tyle roboty? Bo ja zacznam się łapać za głowę, robota leży na na ziemi, trzeba tylko zbierać, do wyboru do koloru, garściami. I tylko zmęczenie pyta mnie czy to aby napewno dobrze…

Ponadto, doświadczyłem ostatnio uczucia zbytniego skomplikowania mojego życia. Następstwem tego było ogromna potrzeba uproszczenia tzw. “spraw”. Zazwyczaj w takich sytuacjach robię dobrą, mocną kawę, zapalam papierosa i siadam nad kartką papieru robiąc listę wszystkich spraw, którym aktualnie poświęcam choćby wycinek mojej uwagi. Tak było i teraz - pionowa krecha na kartce i podział na prywatne i zawodowe. W miarę pisania z coraz większym przerażeniem stwierdzałem, że chyba jestem nienormalny biorąc na siebie tak wiele spraw. Kartka się skończyła, wziąłem drugą i ją także zapełniłem. Katastrofa. Żaden normalny człowiek nie robi sobie samemu takiego kuku. I nic mi nie pomogła świadomoć, że przecież najlepiej i najwydajniej działam pod dużym obciążeniem. Przegiąłem - tylko takie określenie przychodzi mi do głowy. Sam nie wiem na czym to polega ale wiem, że mój apetyt na działanie i adrenalinę a także niechęć do bezczynności czasem płatają mi figle.

W zasadzie nic złego nie widzę w tym, że mam tzw. masę roboty. Refleksja przychodzi wtedy gdy mając sporą dozę autoironii i samokrytyki zauważam spadek jakości związany ze zbyt dużą ilością spraw. I dobrze jeśli taka refleksja przychodzi, bo łatwo w codziennej gonitwie przegapić takie rzeczy. Pisząc “spadek jakości” nie mam na myśli spadek jakości produkcji, chyba wręcz przeciwnie. W moim przypadku bardzo duże obciążenie w zakresie np. projektowania czasem działa wręcz odwrotnie - odblokowuje mi abstrakcyjne myślenie na poziomie, który wydaje mi się niedostępny w spokojniejszych okresach. Ale problem jest, problem polega na tym, że zawsze lubiłem bardzo dużo uwagi poświęcać każdemu detalowi każdej sprawy, którą się zajmuję. A w chwili obecnej nie zawsze mogę swój czas poświęcić detalom, w każdym razie nie tyle czasu ile bym chciał, co mnie czasem drażni. Właściwie częściej niż czasem.

Gdy zastanawiam się nad tym wiem jedno - napewno zmienił się mocno charakter czynności związanych z moją pracą zawodową, mam tego świadomość. Ale nawet mając taką świadomość nie zawsze udaje mi się zapanować nad samym sobą. Na szczęście nabieram w tym coraz większej wprawy - w kontrolowaniu samego siebie. W zarządzaniu samym sobą. Wiem, że czasem wspomnienie czasów freilanserki, tęsknota za byciem “jednoosobową orkiestrą” i samodzielnym zgarnianiem poklasku pcha mnie zdradliwie na mieliznę, ale z satysfakcją muszę przyznać, że sporo wprawy nabrałem w uciekaniu od mysli “sam zrobię to najlepiej”. Nie mogę jeszcze powiedzieć - jest idealnie, ale mogę powiedzieć - jesem na dobrej drodze.

Dość dobrze, zwięźle i krótko problemy osób takich jak ja (przechodzących od funkcji Chief Everything Officer do bardziej doprecyzowanego zakresu obowiązków) opisał Scott Belsky (Behance) w tekście “No Longer a Solo Show: Becoming A Business”. Nie będe się wgłębiał w omówienie, każdy niech sam wyciągnie z tego krótkiego tekstu wnioski. Najistotniejsze wydaje mi się nabycie umiejętności delegowania zadań, precyzyjnego i przemyślanego delegowania zadań. W tym zakresie polecam kolejny tekst Scotta: “Dealing With Delegation: Quick Tips”. Nie są to oczywiście opracowania wyczerpujące tematykę szeroko pojętego zarządzania zespołem, ale sądzę, że dość dobrze w paru zdaniach nakreślają problematykę.

A wracając do upraszczania życia… Napisałem listę, zaznaczyłem sprawy bardzo ważne, mniej ważne i mało ważne. A potem jeszcze raz - bo okazało się, że właściwie wszystkie sprawy są bardzo ważne. A czwartym podejściem wyszła mi lista o połowę krótsza niż na początku. Fiu, fiu, to się nazywa sukces. A właściwie jego połowa bo od jutra trzeba zacząć to realizaować;)

Trochę pokrewna sprawa, która dopadła mnie jakiś tydzień temu (wielkie porządki, ha!) to eliminowanie wszelkich “bardzo ważnych przedmiotów” z mojego otoczenia (chodzi głównie o biuro). Mam niestety taką przypadłość, że bywam dość sentymentalny i przywiązuję się do przedmiotów, a właściwie do ich roli w moim życiu. Mam na myśli wszystkie te nikomu niepotrzebne rzeczy, z którymi czasem poprzez silę wspomnień jakiś przeszłych wydarzeń ciężko się rozstać. Bo przypominają to czy owo, bo wzbudzają pozytywne emocje, bo powodują uśmiech na twarzy. Siłą rzeczy takich przedmiotów z czasem przybywa i pojawia się problem przestrzeni do ich przechowywania. Oczywiście wszystkie są niezbędne, wszystkie są ważne, itepe itede. Tylko, że zaczyna brakować powietrza i człowiek bywa uduszony przez gadżety.

Doznając braku powietrza mi przestrzeni i próbując pozbyć się niepotrzebnego (o rany wreszcie to do mnie dotarło!) bagażu przeszłości zabrałem się kilka dni temu za porządki. Przyznam, ze samo przeglądanie wszystkich tych szpargałów i papierzysk bywa dla mnie ciekawym zjawiskiem. No i zazwyczaj zabiera sporo czasu. Bo przecież każdy duperel trzeba “pomacać” przywołując w pamięci czasem zabawne a czasem mniej zabawne historie. Ale udało się! Wywaliłem “w kosmos” masę rzeczy, w tym (o zgrozo!) materiały do wykonania strony www od jednego z pierwszych moich klientów. Tak lekko licząc miały jakieś 10-11 lat. Nie powiem, nie powiem, urok jakiś jest w tych pożółkłych już notatkach i szkicach, de facto jest to kawał mojego zycia. Co ciekawsze “sztuki” poskanowałem, trochę zostało w specjalnym kartonie (bo oryginały kiedyś będą bardzo cenne, hehe). Efekt był taki, że z kilkunastu kartonów zostały mi 3 (słownie: trzy) nieduże pudła, które swobodnie zmieściły się na szafie. I super. Za jednym zamachem załatwiłem dwie sprawy - oderwanie się od rzeczywistości i sentymentalną podróż wiele lat wstecz, a także zwyczajne, prozaiczne uporządkowanie otoczenia.

Co ciekawe, dziś na blogu biznes bez stresu znalazłem notatkę o takim właśnie jak moje - sentymentalnym podejściu do “rzeczy”. Czytanie jej wywołało u mnie szeroki uśmiech - ja to już mam za sobą ;-) Ale pomysł z fotografowaniem mi się spodobał, będe musiał przy następnych porządkach zastosować.

I to na tyle, dobranoc.


marca 17

poniedziałek, 17 marzec, godzina: 22:12

W zasadzie przypadkiem postanowiłem coś naskrobać na blogu. Czasu brak, czasem i chęci brak. Bo praca i rodzina wypełniają mi dzień codzienny po brzegi. Czasem i poza brzegi, czasem sie wylewa. ;)

Generalnie strasznie dużo się dzieje zawodowo, a zmiany na rynku reklamy internetowej widoczne od dość dawna da się odczuć także na poziomie niewielkich firm związanych z kreacją stron www. Choćby takich firm jak nasza. Symptomy tegoż są dość miłe (jeśli mogę to tak nazwać), przekłada się to na coraz ciekawsze zlecenia,a przede wszystkim na ich ogromną ilość. Nie tak dawno pisałem, że jest dobrze, że w zasadzie mamy robotę na kilka miesięcy do przodu zaklepaną. Szczerze mówiąc wtedy zupełnie nie spodziewałem się aż takiego przypływu zleceń jaki obserwuję w chwili obecnej. Kilka miesięcy temu wzrost zainteresowania reklamą internetową wydawał mi się fantastyczny. W tej chwili ciężko mi nawet jakoś to określić, mogę chyba tylko powiedzieć: wow. Wow, bo zamieszanie na rynku związane z poszukiwaniem przez klientów korporacyjnych wykonawców gwarantujących usługi na przyzwoitym poziomie przekłada się na niesamowitą (z punktu widzenia niewielkiej, ale dość dobrze osadzonej w realiach agencji interaktywnej) wręcz zdolność tych klientów do dialogu z wykonawcą a także do zmiany płaszczyzny tego dialogu. To już nie jest szukanie murzyna, firmy krzak, która zrobi jakąś tam gównianą stronę www, byle szybko i byle tanio.

Przykładem jest nasz lokalny, opolski rynek, który kiedyś zwykłem określać żartobliwie “internetowym bantustanem”, na którym królowali watażkowie oczekujący od wiernych poddanych niewolniczej pracy za darmo lub za makabrycznie małą stawkę. Ostatnie miesiące i związane z nimi pozytywne niespodzianki co do postawy wielu firm zweryfikowały wiele moich poglądów. A przede wszystkim pozwoliły mi spoglądać z zupełnie innej perspektywy na potencjał lokalnych klientów. Odwrót od szablonowych, pudełkowych serwisów www, potężne ssanie skierowane na tuningowane pod klienta usługi, z wyraźnie określonym celem (handlowym i marketingowym) i precyzyjnie określonym oczekiwanym efektem. Już nie wystarczy zaistnieć w internecie. Istnieje każdy, nawet przysłowiowa Kasiunia Kowlaska ze swoim blogaskiem, na którym ziomy wpisują komcie.

Być albo nie być (w internecie) przestało być pytaniem zasadniczym dość dawno. I w zasadzie tak jak w każdej innej dziedzinie aktywności komercyjnej, różni gracze poszczególnych nisz, rynków i branż budzili się przez ostatni rok w różnych momentach. Mniej lub bardziej z ręką w nocniku. Bo niestety powstające jak grzyby po deszczy agencje, agencyjki, firmy i firemki “robiące strony” nie są de facto w stanie zaspokoić potrzeb coraz bardziej zorientowanych zarówno w temacie jak i w kwestii efektów klientów.

Kilka już razy mój przyjaciel i wspólnik - Krzysiek, mówił: “Piotr jak to dobrze, że kilka lat temu nie odpuściliśmy i trzymaliśmy się zasady robienia dobrze i za dobrą kasę.” A bywało różnie, nieraz człowiek wątplił w sens, miewał gorsze chwile gdy wydawało się, że trzeba będzie zwijać manatki, że nie ma takim mieście jak Opole miejsca na niszę usług “lepsiejszych”. Rzeczywistość pokazała, że jest jednak inaczej. Miejsce jest, a do tego zaczęliśmy zbierać profity kilkuletniej ciężkiej pracy. Na początku nazwijmy to kariery zwyczajnie nie widziałem potrzeby reklamowania się. Lub też nie miałem na to budżetu. I na kilka lat przed tym gdy poznałem definicję marketingu szeptanego, wirusowego - intuicyjnie uznałem, że to jedyna właściwa forma reklamy dla firmy próbującej wypracować pozycję na lokalnym rynku. Dziś nie wydając złotówki na reklamę mam klientów, którzy przy wódce, grilu, czymkolwiek wymieniają sie moim numerem telefonu. O takej pajęczynie kontaktów i warości rekomendacji pisał kiedyś Alex Barszczewski na swoim blogu. Polecam.

Kilka razy już w tym wpisie przewijało się okreslenie “lokalny rynek”. Związane jest to z moim faktycznym przywiązaniem do Opola, a także niezmiennym odrzucaniem ofert pracy w większych “organizacjach”, czasem naprawdę interesujących ofert - to muszę przyznać. Powodów było kilka - pierwszy, podstawowy - powiązania rodzinne. Po różnych życiowych perturbacjach tak się poukładało, że moja ukochana córa zamieszkuje Opole. Dla mnie decyzja w kwestii miejsca zamieszkania mimo kuszenia różnymi “błyskotkami” była dość łatwa - zostałem w Opolu by być blisko niej. Kariera karierą, praca pracą ale priorytety nigdy mi się nie zmieniły. I nie sądzę aby nastąpiło to kiedykolwiek.

I muszę przyznać, że dość ciekawe było obserwowanie wszelkich zmian zachodzących w szeroko pojętym internecie z perspektywy tegoż właśnie lokalnego rynku. O ile kilka lat temu stykałem się z paradoksalnymi sytuacjami gdy prezes sporej, mocno rozbujanej firmy pytał “internet? to jest to za co płacę synowi takie ogromne rachunki?”, a inny dolewał benzyny do ogniska mojego zdziwienia mówiąc “nie, nie, my już mamy człowieka, on nam to zrobi za 300 zł”. O tyle w chwili obecnej zdarzają mi się sytuacje zgoła odwrotne - gdy z braku czasu w ofercie rzucam cenę wydawałoby się zaporową - dostaję odpowiedź - “Robimy”. Normalnie sielanka, cud, miód, malina - nieprawdaż? Ale jest w tym kilka kruczków. Niestety sytuacje typu “no strings attached” (vide piosenka Depeche Mode) to dość niecodzienne zjawisko w biznesie.

O problemach i punktach krytycznych “być albo nie być” lokalnej firmy zorientowanej na usługi powiązane z kreacją internetową mam sporo wniosków. Kilka razy próbowałem objąć to w jakimś większym opracowaniu. Planów co do tego nie porzucam - coraz lepiej radzę sobie z organizacją czasu - więc i opracowania się pojawią. Mówiąc “bardzo precyzyjnie” - wkrótce ;)

Lekko tylko liżąc temat po wierzchu, powiem, że z mojej perspektywy jako pracodawcy i szefa zespołu najistotniejszym problemem jest człowiek. A konkretnie emigracja zdolnych ludzi do większych miast, co przekłada sie bezpośrednio na problem z kompletowaniem zespołów projektowych na wymarzonym przeze mnie poziomie. A w efekcie oznacza - mniej a dobrze, nie zawsze pozwala robić wszystko co się chce ale za to pozwala dbać o jakość. O stanie wiedzy i kompetencjach absolwentów wszelkich powiązanych z informatyką opolskich uczelni niestety nie mogę powiedzieć nic dobrego. Wyjątki oczywiście są (nasz newbie - Marcin), ale potwierdzają jedynie moje zdanie. Z jednej strony rozumiem doskonale wybywanie młodych ludzi w poszukiwaniu lepszej uczelni, a zdrugiej strony cała ta moja dywagacja na temat lokalnego rynku ma dwa cele: być może kilka osób zorientuje się w jego potencjale i zrozumie, że nie tylko potężna korporacja ze stolicy może dać “fun, knowledge & experience” (w tej lub innej kolejności). Zwłaszcza fun przy pracy jest chyba wizytówką tych mniejszych firm. A i klienci coraz mniej lokalni.

Tak więc, reasumując - jest git. A będzie jeszcze lepiej, i bardzo przyjemnie jest mieć tę świadomość. Sporo satysfakcji daje “dozbrajanie się” by lada chwila ugryźć w tyłek wiekszych graczy ;)

Na zakończenie - kilka lat temu Kuba vel Oko (którego notabene szanuję mimo niegdysiejszych spięć na lini webesteem - towar, heh, stare czasy), wybywając do stolicy, powiedział: “w Opolu nie da się z tego wyżyć”. Otóż da się. Wprawdzie wtedy nie byłem tego aż tak bardzo pewny jak dziś, ale jednak… czułem pod skórą, że ktoś musi zaorać to pole.

Z ciekawych linków, które ostatnio wpadły mi w oko - polecam artykuł w Marketing & More pod tytułem: “Interaktywne zbrojenia”.