W biegu i na kolanie. O lokalnym być albo nie być. Katanaz Stock Female 14
kwietnia 07

poniedziałek, 7 kwiecień, godzina: 22:27

… też macie tyle roboty? Bo ja zacznam się łapać za głowę, robota leży na na ziemi, trzeba tylko zbierać, do wyboru do koloru, garściami. I tylko zmęczenie pyta mnie czy to aby napewno dobrze…

Ponadto, doświadczyłem ostatnio uczucia zbytniego skomplikowania mojego życia. Następstwem tego było ogromna potrzeba uproszczenia tzw. “spraw”. Zazwyczaj w takich sytuacjach robię dobrą, mocną kawę, zapalam papierosa i siadam nad kartką papieru robiąc listę wszystkich spraw, którym aktualnie poświęcam choćby wycinek mojej uwagi. Tak było i teraz - pionowa krecha na kartce i podział na prywatne i zawodowe. W miarę pisania z coraz większym przerażeniem stwierdzałem, że chyba jestem nienormalny biorąc na siebie tak wiele spraw. Kartka się skończyła, wziąłem drugą i ją także zapełniłem. Katastrofa. Żaden normalny człowiek nie robi sobie samemu takiego kuku. I nic mi nie pomogła świadomoć, że przecież najlepiej i najwydajniej działam pod dużym obciążeniem. Przegiąłem - tylko takie określenie przychodzi mi do głowy. Sam nie wiem na czym to polega ale wiem, że mój apetyt na działanie i adrenalinę a także niechęć do bezczynności czasem płatają mi figle.

W zasadzie nic złego nie widzę w tym, że mam tzw. masę roboty. Refleksja przychodzi wtedy gdy mając sporą dozę autoironii i samokrytyki zauważam spadek jakości związany ze zbyt dużą ilością spraw. I dobrze jeśli taka refleksja przychodzi, bo łatwo w codziennej gonitwie przegapić takie rzeczy. Pisząc “spadek jakości” nie mam na myśli spadek jakości produkcji, chyba wręcz przeciwnie. W moim przypadku bardzo duże obciążenie w zakresie np. projektowania czasem działa wręcz odwrotnie - odblokowuje mi abstrakcyjne myślenie na poziomie, który wydaje mi się niedostępny w spokojniejszych okresach. Ale problem jest, problem polega na tym, że zawsze lubiłem bardzo dużo uwagi poświęcać każdemu detalowi każdej sprawy, którą się zajmuję. A w chwili obecnej nie zawsze mogę swój czas poświęcić detalom, w każdym razie nie tyle czasu ile bym chciał, co mnie czasem drażni. Właściwie częściej niż czasem.

Gdy zastanawiam się nad tym wiem jedno - napewno zmienił się mocno charakter czynności związanych z moją pracą zawodową, mam tego świadomość. Ale nawet mając taką świadomość nie zawsze udaje mi się zapanować nad samym sobą. Na szczęście nabieram w tym coraz większej wprawy - w kontrolowaniu samego siebie. W zarządzaniu samym sobą. Wiem, że czasem wspomnienie czasów freilanserki, tęsknota za byciem “jednoosobową orkiestrą” i samodzielnym zgarnianiem poklasku pcha mnie zdradliwie na mieliznę, ale z satysfakcją muszę przyznać, że sporo wprawy nabrałem w uciekaniu od mysli “sam zrobię to najlepiej”. Nie mogę jeszcze powiedzieć - jest idealnie, ale mogę powiedzieć - jesem na dobrej drodze.

Dość dobrze, zwięźle i krótko problemy osób takich jak ja (przechodzących od funkcji Chief Everything Officer do bardziej doprecyzowanego zakresu obowiązków) opisał Scott Belsky (Behance) w tekście “No Longer a Solo Show: Becoming A Business”. Nie będe się wgłębiał w omówienie, każdy niech sam wyciągnie z tego krótkiego tekstu wnioski. Najistotniejsze wydaje mi się nabycie umiejętności delegowania zadań, precyzyjnego i przemyślanego delegowania zadań. W tym zakresie polecam kolejny tekst Scotta: “Dealing With Delegation: Quick Tips”. Nie są to oczywiście opracowania wyczerpujące tematykę szeroko pojętego zarządzania zespołem, ale sądzę, że dość dobrze w paru zdaniach nakreślają problematykę.

A wracając do upraszczania życia… Napisałem listę, zaznaczyłem sprawy bardzo ważne, mniej ważne i mało ważne. A potem jeszcze raz - bo okazało się, że właściwie wszystkie sprawy są bardzo ważne. A czwartym podejściem wyszła mi lista o połowę krótsza niż na początku. Fiu, fiu, to się nazywa sukces. A właściwie jego połowa bo od jutra trzeba zacząć to realizaować;)

Trochę pokrewna sprawa, która dopadła mnie jakiś tydzień temu (wielkie porządki, ha!) to eliminowanie wszelkich “bardzo ważnych przedmiotów” z mojego otoczenia (chodzi głównie o biuro). Mam niestety taką przypadłość, że bywam dość sentymentalny i przywiązuję się do przedmiotów, a właściwie do ich roli w moim życiu. Mam na myśli wszystkie te nikomu niepotrzebne rzeczy, z którymi czasem poprzez silę wspomnień jakiś przeszłych wydarzeń ciężko się rozstać. Bo przypominają to czy owo, bo wzbudzają pozytywne emocje, bo powodują uśmiech na twarzy. Siłą rzeczy takich przedmiotów z czasem przybywa i pojawia się problem przestrzeni do ich przechowywania. Oczywiście wszystkie są niezbędne, wszystkie są ważne, itepe itede. Tylko, że zaczyna brakować powietrza i człowiek bywa uduszony przez gadżety.

Doznając braku powietrza mi przestrzeni i próbując pozbyć się niepotrzebnego (o rany wreszcie to do mnie dotarło!) bagażu przeszłości zabrałem się kilka dni temu za porządki. Przyznam, ze samo przeglądanie wszystkich tych szpargałów i papierzysk bywa dla mnie ciekawym zjawiskiem. No i zazwyczaj zabiera sporo czasu. Bo przecież każdy duperel trzeba “pomacać” przywołując w pamięci czasem zabawne a czasem mniej zabawne historie. Ale udało się! Wywaliłem “w kosmos” masę rzeczy, w tym (o zgrozo!) materiały do wykonania strony www od jednego z pierwszych moich klientów. Tak lekko licząc miały jakieś 10-11 lat. Nie powiem, nie powiem, urok jakiś jest w tych pożółkłych już notatkach i szkicach, de facto jest to kawał mojego zycia. Co ciekawsze “sztuki” poskanowałem, trochę zostało w specjalnym kartonie (bo oryginały kiedyś będą bardzo cenne, hehe). Efekt był taki, że z kilkunastu kartonów zostały mi 3 (słownie: trzy) nieduże pudła, które swobodnie zmieściły się na szafie. I super. Za jednym zamachem załatwiłem dwie sprawy - oderwanie się od rzeczywistości i sentymentalną podróż wiele lat wstecz, a także zwyczajne, prozaiczne uporządkowanie otoczenia.

Co ciekawe, dziś na blogu biznes bez stresu znalazłem notatkę o takim właśnie jak moje - sentymentalnym podejściu do “rzeczy”. Czytanie jej wywołało u mnie szeroki uśmiech - ja to już mam za sobą ;-) Ale pomysł z fotografowaniem mi się spodobał, będe musiał przy następnych porządkach zastosować.

I to na tyle, dobranoc.

1 komentarz do wpisu “Czy Wy…”

  1. karola napisał(a):

    Skąd ja to znam… wiem doba nie ma 24 h to jakis mit u mnie to minimum 30 h ;D

Komentuj