W biegu i na kolanie. O lokalnym być albo nie być.
Monday, 17 March, godzina: 22:12
W zasadzie przypadkiem postanowiłem coś naskrobać na blogu. Czasu brak, czasem i chęci brak. Bo praca i rodzina wypełniają mi dzień codzienny po brzegi. Czasem i poza brzegi, czasem sie wylewa. ;)
Generalnie strasznie dużo się dzieje zawodowo, a zmiany na rynku reklamy internetowej widoczne od dość dawna da się odczuć także na poziomie niewielkich firm związanych z kreacją stron www. Choćby takich firm jak nasza. Symptomy tegoż są dość miłe (jeśli mogę to tak nazwać), przekłada się to na coraz ciekawsze zlecenia,a przede wszystkim na ich ogromną ilość. Nie tak dawno pisałem, że jest dobrze, że w zasadzie mamy robotę na kilka miesięcy do przodu zaklepaną. Szczerze mówiąc wtedy zupełnie nie spodziewałem się aż takiego przypływu zleceń jaki obserwuję w chwili obecnej. Kilka miesięcy temu wzrost zainteresowania reklamą internetową wydawał mi się fantastyczny. W tej chwili ciężko mi nawet jakoś to określić, mogę chyba tylko powiedzieć: wow. Wow, bo zamieszanie na rynku związane z poszukiwaniem przez klientów korporacyjnych wykonawców gwarantujących usługi na przyzwoitym poziomie przekłada się na niesamowitą (z punktu widzenia niewielkiej, ale dość dobrze osadzonej w realiach agencji interaktywnej) wręcz zdolność tych klientów do dialogu z wykonawcą a także do zmiany płaszczyzny tego dialogu. To już nie jest szukanie murzyna, firmy krzak, która zrobi jakąś tam gównianą stronę www, byle szybko i byle tanio.
Przykładem jest nasz lokalny, opolski rynek, który kiedyś zwykłem określać żartobliwie “internetowym bantustanem”, na którym królowali watażkowie oczekujący od wiernych poddanych niewolniczej pracy za darmo lub za makabrycznie małą stawkę. Ostatnie miesiące i związane z nimi pozytywne niespodzianki co do postawy wielu firm zweryfikowały wiele moich poglądów. A przede wszystkim pozwoliły mi spoglądać z zupełnie innej perspektywy na potencjał lokalnych klientów. Odwrót od szablonowych, pudełkowych serwisów www, potężne ssanie skierowane na tuningowane pod klienta usługi, z wyraźnie określonym celem (handlowym i marketingowym) i precyzyjnie określonym oczekiwanym efektem. Już nie wystarczy zaistnieć w internecie. Istnieje każdy, nawet przysłowiowa Kasiunia Kowlaska ze swoim blogaskiem, na którym ziomy wpisują komcie.
Być albo nie być (w internecie) przestało być pytaniem zasadniczym dość dawno. I w zasadzie tak jak w każdej innej dziedzinie aktywności komercyjnej, różni gracze poszczególnych nisz, rynków i branż budzili się przez ostatni rok w różnych momentach. Mniej lub bardziej z ręką w nocniku. Bo niestety powstające jak grzyby po deszczy agencje, agencyjki, firmy i firemki “robiące strony” nie są de facto w stanie zaspokoić potrzeb coraz bardziej zorientowanych zarówno w temacie jak i w kwestii efektów klientów.
Kilka już razy mój przyjaciel i wspólnik - Krzysiek, mówił: “Piotr jak to dobrze, że kilka lat temu nie odpuściliśmy i trzymaliśmy się zasady robienia dobrze i za dobrą kasę.” A bywało różnie, nieraz człowiek wątplił w sens, miewał gorsze chwile gdy wydawało się, że trzeba będzie zwijać manatki, że nie ma takim mieście jak Opole miejsca na niszę usług “lepsiejszych”. Rzeczywistość pokazała, że jest jednak inaczej. Miejsce jest, a do tego zaczęliśmy zbierać profity kilkuletniej ciężkiej pracy. Na początku nazwijmy to kariery zwyczajnie nie widziałem potrzeby reklamowania się. Lub też nie miałem na to budżetu. I na kilka lat przed tym gdy poznałem definicję marketingu szeptanego, wirusowego - intuicyjnie uznałem, że to jedyna właściwa forma reklamy dla firmy próbującej wypracować pozycję na lokalnym rynku. Dziś nie wydając złotówki na reklamę mam klientów, którzy przy wódce, grilu, czymkolwiek wymieniają sie moim numerem telefonu. O takej pajęczynie kontaktów i warości rekomendacji pisał kiedyś Alex Barszczewski na swoim blogu. Polecam.
Kilka razy już w tym wpisie przewijało się okreslenie “lokalny rynek”. Związane jest to z moim faktycznym przywiązaniem do Opola, a także niezmiennym odrzucaniem ofert pracy w większych “organizacjach”, czasem naprawdę interesujących ofert - to muszę przyznać. Powodów było kilka - pierwszy, podstawowy - powiązania rodzinne. Po różnych życiowych perturbacjach tak się poukładało, że moja ukochana córa zamieszkuje Opole. Dla mnie decyzja w kwestii miejsca zamieszkania mimo kuszenia różnymi “błyskotkami” była dość łatwa - zostałem w Opolu by być blisko niej. Kariera karierą, praca pracą ale priorytety nigdy mi się nie zmieniły. I nie sądzę aby nastąpiło to kiedykolwiek.
I muszę przyznać, że dość ciekawe było obserwowanie wszelkich zmian zachodzących w szeroko pojętym internecie z perspektywy tegoż właśnie lokalnego rynku. O ile kilka lat temu stykałem się z paradoksalnymi sytuacjami gdy prezes sporej, mocno rozbujanej firmy pytał “internet? to jest to za co płacę synowi takie ogromne rachunki?”, a inny dolewał benzyny do ogniska mojego zdziwienia mówiąc “nie, nie, my już mamy człowieka, on nam to zrobi za 300 zł”. O tyle w chwili obecnej zdarzają mi się sytuacje zgoła odwrotne - gdy z braku czasu w ofercie rzucam cenę wydawałoby się zaporową - dostaję odpowiedź - “Robimy”. Normalnie sielanka, cud, miód, malina - nieprawdaż? Ale jest w tym kilka kruczków. Niestety sytuacje typu “no strings attached” (vide piosenka Depeche Mode) to dość niecodzienne zjawisko w biznesie.
O problemach i punktach krytycznych “być albo nie być” lokalnej firmy zorientowanej na usługi powiązane z kreacją internetową mam sporo wniosków. Kilka razy próbowałem objąć to w jakimś większym opracowaniu. Planów co do tego nie porzucam - coraz lepiej radzę sobie z organizacją czasu - więc i opracowania się pojawią. Mówiąc “bardzo precyzyjnie” - wkrótce ;)
Lekko tylko liżąc temat po wierzchu, powiem, że z mojej perspektywy jako pracodawcy i szefa zespołu najistotniejszym problemem jest człowiek. A konkretnie emigracja zdolnych ludzi do większych miast, co przekłada sie bezpośrednio na problem z kompletowaniem zespołów projektowych na wymarzonym przeze mnie poziomie. A w efekcie oznacza - mniej a dobrze, nie zawsze pozwala robić wszystko co się chce ale za to pozwala dbać o jakość. O stanie wiedzy i kompetencjach absolwentów wszelkich powiązanych z informatyką opolskich uczelni niestety nie mogę powiedzieć nic dobrego. Wyjątki oczywiście są (nasz newbie - Marcin), ale potwierdzają jedynie moje zdanie. Z jednej strony rozumiem doskonale wybywanie młodych ludzi w poszukiwaniu lepszej uczelni, a zdrugiej strony cała ta moja dywagacja na temat lokalnego rynku ma dwa cele: być może kilka osób zorientuje się w jego potencjale i zrozumie, że nie tylko potężna korporacja ze stolicy może dać “fun, knowledge & experience” (w tej lub innej kolejności). Zwłaszcza fun przy pracy jest chyba wizytówką tych mniejszych firm. A i klienci coraz mniej lokalni.
Tak więc, reasumując - jest git. A będzie jeszcze lepiej, i bardzo przyjemnie jest mieć tę świadomość. Sporo satysfakcji daje “dozbrajanie się” by lada chwila ugryźć w tyłek wiekszych graczy ;)
Na zakończenie - kilka lat temu Kuba vel Oko (którego notabene szanuję mimo niegdysiejszych spięć na lini webesteem - towar, heh, stare czasy), wybywając do stolicy, powiedział: “w Opolu nie da się z tego wyżyć”. Otóż da się. Wprawdzie wtedy nie byłem tego aż tak bardzo pewny jak dziś, ale jednak… czułem pod skórą, że ktoś musi zaorać to pole.
Z ciekawych linków, które ostatnio wpadły mi w oko - polecam artykuł w Marketing & More pod tytułem: “Interaktywne zbrojenia”.





