stycznia 18

C4 WRC

Kategoria: Bez kategorii Brak komentarzy »

czwartek, 18 styczeń, godzina: 17:30

No i się doczekałem… ponad dwa lata to trwało,ale w końcu jest - Citröen C4 WRC:) Nowa cytryna zastąpi zasłużoną i wysłużoną już Xarę WRC, jest od niej nieco większa, i przede wszystkim ma dużo, dużo nowocześniejszą konstrukcję. Generalnie wersja WRC jest naprawdę zajefajna, zajfajnie-zajefajna, co tu dużo mówić - sam od ponad 2 lat jeżdżę C4 Coupe i jestem bardzo zadowolony. Jestem przekonany, że cytrynki wciąż będą wiodły prywamt w rally-świecie. Trzymam kciuki!

Filmik o powstawaniu C4 w wersji WRC:

Sebastian Loeb testuje nową cytrynkę:

Dani Sordo testuje nową cytrynkę:


stycznia 17

środa, 17 styczeń, godzina: 12:20

“Things get more exciting when you say yes” - czyli hasło kampani Virgin Money, no i minisajt: freshfootwork.com wykonany przez Glue London. Nobliwa baletnica zaczyna tańczyć, kiedy kończy pyta nas czy chcemy więcej, odpowiadamy: tak. Muzyka się rozkręca, zaczyna się trochę ciekawszy (czytaj: mniej grzeczny) taniec, a gdy taniec się kończy znów jesteśmy pytani czy chcemy więcej - zastanawiając się jak to się rozwinie klikamy oczywiści: yes. I zaczyna się kolejna odsłona tańca, tym razem jeszcze mniej grzeczna i bardziej sexi, można powiedzieć pojawia się więcej ognia;). Naturalnie na koniec tańca znów szybciutko klikamy: yes. I na scenie pojawiają się narzędzia mechaniczne, lecą snopy iskier, robi się bardzo ostro ;) A na koniec okazuje się, że to kampania Virgin Money ;)

www.freshfootwork.com

www.freshfootwork.com

www.freshfootwork.com

www.freshfootwork.com

www.freshfootwork.com

www.freshfootwork.com

PS. nie wiem czy ta kampania nie była czasem inspiracją dla b.premiera Marcinkiewicza w jego słynnym: “yes! yes! yes!”? Tylko pytanie czy faktycznie zrobiło się bardziej ekscytująco? ;)


stycznia 11

czwartek, 11 styczeń, godzina: 10:07

Ostatnio, chyba w związku z rzucaniem palenia, odechciało mi się trochę biegać po internecie. Za to zabrałem się za stertę książek, które od dość dawna leżały na półce z etykietką “przeczytać koniecznie”.

Na pierwszy ogień poszedł Haruki Murakami i “Norwegian Wood”, książka o której od dość dawna słyszałem od przyjaciół - “świetna, cudowna, niesamowita”. No i siadłem z kawką do niej. Początek jakoś mnie nie wciągał, ale w miarę kolejnych stron coraz bardziej podobał mi się klimat książki. Spokojna, niemal sącząca się akcja była dla mnie chyba dobrą odskocznią od codziennej nerwówki. Jednym słowem wciągneło mnie, i to bardzo. Muszę się zgodzić z tymi wszystkimi, którzy przekonywali mnie, że warto sięgnąć po Murakamiego. Książka jest po prostu doskonała, nie będe się rozpisywał bo nie widzę potrzeby, kto chce przeczyta.

Przyszła kolej na lekturę znacznie lżejszą, choć nie mniej znaną (głównie na zachodzie) - Rick Martin “Drań: Wyznania toksycznego kawalera”. W recenzjach wyczytałem, że to iście mistrzowskie zobrazowanie powierzchownej męskiej natury, że to rewelacyjne spojrzenie na cynizm mężczyzn w relacjach z kobietami. Pomyślałem: “o, ciekawe”, no i siadłem do czytania. Nie powiem, książka zabawna, czyta się lekko, ale… No właśnie jest jedno wielkie ale. Na okładce książki Steve Martin pisze, że czytał tę książkę jak własny pamiętnik. Hm, cóż ja mogę powiedzieć Steve’owi? Kiepskie życie miałeś stary, wydawało mi się, że takie gwiazdy jak Ty mają trochę więcej atrakcji. Do czego dażę? Książka miała być cynicznym spojrzeniem bardzo inteligentnego i wrażliwego faceta na świat relacji damsko-męskich. Miała być niemal obrazoburcza. Tymczasem po jej przeczytaniu przyszła mi do głowy reflaksja, że zbyt mało w niej zarówno cynizmu jak i wrażliwości. Owszem zdarzają się niezwykle celne stwierdzenia, owszem kilka razy w trakcie czytania wybuchałem śmiechem. Jednak gdy odkładałem książkę po jej przeczytaniu był we mnie jakiś niedosyt. “To mają być wyznania podrywacza?” - pomyślałem - “No nie wiem…”. Wytłumaczeniem tego jest chyba pruderyjna ameryka, która uniemożliwiła rozwinięcie skrzydeł i napisanie całej prawdy, albo zwyczajnie książka jest produktem napompowanej akcji promocyjnej. Sam nie wiem, ale mnie, zwykłemu szaraczkowi wydawało się, że bywałem w zyciu i bardziej cyniczny i bardziej wrażliwy… Ot, przeczytałem takie lizanie lizaka przez papier. Mimo, że całkiem przyjemna to lektura to czegoś mi w niej zabrakło. Książka kończy się zanim autor się rozpędzi…

Trochę zniesmaczony poprzednią lekturą wziąłem się za “iCon - Steve Jobs - Najbardziej niezwykły akt II w historii biznesu”. Pomyślałem, że pora na coś prawdziwego, coś co wciągnie mnie mocno. I nie pomyliłem się. Wprawdzie jeszcze nie skończyłem czytania, ale już teraz mogę powiedzieć, że to naprawdę niezłą książka. Życie Steve’a Jobs’a z całą pewnością nie należy do banalnych, a jego wpływu na współczesny przemysł komputerowy i tzw “szoł-biznes” nie można niedoceniać. W końcu każdy zna nazwę Apple, każdy widział Toy Story i wiele innych produkcji Pixar’a. Jestem w tej chwili mniej więcej w połowie lektury, i już na tym etapie wiem, że warto było sięgnąć po tę książkę. Czemu? Nie jest to może beletrystyka najwyższych lotów, natomiast niezwykłość wydarzeń związanych z charyzmatycznym twórcą iPoda bardzo rekompensuje niedostatki językowe. Nie wiem, może to wina tłumaczenia, może korety. Zauważyłem w książce sporo literówek, trochę niezbyt gładkich sformułowań, ale nie przeszkadza to zupełnie urokowi tej książki. A może urokowi Steve’a Jobs’a? W końcu “Imagine” Lennona jest także moją ukochaną piosenką… “[…] You may say I’m a dreamer. But I’m not the only one […]”

Aha, to już szósty dzień jak nie palę. Cholernie ciężko jest gdy paliło się 3 paczki dziennie, a papieros był stałym elementem w scenariuszu zycia. Ale narazie daję radę…